Życie z prędkością naddźwiękową

Mechanoterapia. Dziwne słowo, dla wielu ludzi być może niezrozumiałe.
Znają je za to dobrze ci, którzy z różnych powodów mają trudności z poruszaniem się. Oni to bowiem w ramach „mechanoterapii”, ćwiczą swoje nadwątlone stawy, mięśnie i ścięgna, próbując usilnie je przywrócić, do jakiej takiej sprawności. Korzystają przy tym z różnych wymyślnych i dziwnych na pozór urządzeń gimnastycznych.
Żeby trafić na taką salę ćwiczeń, trzeba wcześniej mieć po prostu pecha;
zaliczyć ciężką chorobę, albo przeżyć tragiczny wypadek. Dlatego też życiorysy ćwiczących są przeważnie bardzo ciekawe choćby z tego względu, że zostały wzbogacone przez dłuższy zazwyczaj okres cierpienia.
Ćwiczenia z reguły odbywają się w milczeniu, ale zdarza się od czasu do czasu, że jakaś czarna gorycz się przeleje i ktoś kogo to dotyczy, musi się zwyczajnie „wygadać”, żeby dalej móc poprawnie funkcjonować. Snuje się wtedy jak dym z opalanego mokrym drewnem kominka, dosyć długi nieraz mo –nolog, będący próbą oczyszczenia ostatnich zakamarków duszy, z gryzącego sumienie ciężkiego nalotu przykrych wspomnień.
Z urządzenia do ćwiczeń bloczkowych korzysta przystojny, szczupły, trzydziestokilkuletni mężczyzna. Spotykający go tu codziennie pacjenci wiedzą, że lubi żartować. Robi to zresztą w sposób bardzo sympatyczny i widać jak przez to i sobie i innym dodaje otuchy. Jest takim dobrym duchem wśród kilku, czy też czasem kilkunastu chorych, korzystających z tej sali. Kiedy mu się jednak dokładnie przyjrzeć to widać, że jego ciepłe żarty, są dla niego rodzajem mocnego pancerza, za którym starannie chowa obraz samego siebie i obraz swojej duszy. Raz tylko, nie wiadomo dlaczego zrobił w tym swoim „pancerzu” niewielką szczelinę i poszły w ruch niezwykle poważne słowa, będące czymś w rodzaju fonetycznego obrazu, jego przegranego w pewnym sensie życia. Opowiadał nieco drżącym głosem w takt miarowo poruszających się nóg, obciążonych dość znacznym ciężarem metalowych bloczków.
Miał od dzieciństwa jedno marzenie, chciał latać odrzutowcem.
Do rzadkości należą spełnione dziecinne marzenia, ale jego naprawdę stało się faktem! Bez problemu ukończył wojskową uczelnie, otrzymał stopień oficerski
i latał z prędkością naddźwiękową. Szybko spełnione marzenia, często nie wróżą nic dobrego. W jego przypadku drobne na pozór niedopatrzenie mechaników, ograniczyło zdolność lądowania pilotowanego akurat przez niego samlotu. Pas okazał się za krótki i samolot wbił się między drzewa pobliskiego zagajnika. Ze zdruzgotanej maszyny udało się wydobyć pilota. Potłuczona głowa, odklejona siatkówka w oku, urazy kręgosłupa. Przeżył, ale czar prysnął. Doszedł do jakiej takiej sprawność, lecz o lataniu kazano mu zapomnieć.
W marzeniach teraz dodaje sobie kolejne godziny do tych ponad dwustu wylatanych na jednym z najnowocześniejszym wówczas „Migów”.
Teraz po ukończeniu dodatkowo studiów politechnicznych szuka sobie gorączkowo nowego miejsca w życiu. Mówi, że to bardzo trudne. Liczy na to, że w tej jego obecnej powolnej wegetacji coś w końcu drgnie, podobnie jak w maszynie przekraczającej niewidzialną barierę dźwięku….
Nie dokończył swojego opowiadania, bo do sali wszedł specjalista od ćwiczeń. Podszedł do jego urządzenia, popatrzył i powiedział:
– Zmieniamy przekładnie, dodajemy po dwa bloczki na każdą nogę i do roboty, bo widzę, że sprawność i forma u pana powraca.
Na twarzy byłego lotnika pojawił się uśmiech. Jakby od niechcenia rzucił jakimś żartem pewnie po to, by nie wracać już do tamtej, prowadzonej bardziej w formie monologu niż dialogu rozmowy.